Dlaczego ciągle o tym wszystkim myślę?

(Pułapka chemii i ruminacji)

Toksyczny związek nie bez kozery ma taką, a nie inną nazwę.

Poszczególne techniki (w książce nazywam je psychozabawami) zrobiły z twojego organizmu zakład chemiczny do naprzemiennych wyrzutów i przedawkowania adrenaliny, noradrenaliny, kortyzolu, dopaminy, endorfin, oksytocyny. Termin “detoksykacja” nie jest w tym przypadku metaforą. To stan rzeczywisty – organizm jest zatruty nadprogramową chemią biorącą udział w przypadku oddziaływania długotrwałego i cyklicznie powtarzającego się stresu/poczucia zagrożenia w momentach kryzysu przeplatanego z poczuciem szczęścia/nadziei w okresach “miodowych miesięcy”.*

Długotrwale poddany takim praktykom organizm ma zaburzonych wiele funkcji. Pod wpływem hormonów stresu kaskadowo reaguje gospodarka białkowa, węglowodanowa, tłuszczowa, wodno-elektrolitowa, układ krążenia, układ odpornościowy. W trakcie wychodzenia z toksycznego związku, to również na skutek zaburzenia tych procesów ani nasze osłabione i zatrute ciało ani nasze emocje nie grają w naszej drużynie.

Dlatego niezmiernie ważna jest rezygnacja z kontaktów z przemocowym partnerem. Żeby nie dostarczać oczyszczającemu się z toksyny organizmowi kolejnych bodźców do kolejnych toksycznych reakcji. W sytuacji, kiedy jesteś, jak to zwykle po takich związkach bywa, bardzo wyczerpana, słaba i jeszcze nieodporna na manipulacje, metoda Zero Kontaktu jest najzdrowszym rozwiązaniem. Ona nie ma być karą dla przemocowca, formą prowokowania go, czyli postacią biernej agresji. To jest metoda na chronienie swojej psychiki przed próbami dalszego dręczenia ciebie przez partnera tymi hormonalnymi huśtawkami. (czytaj Hoovering oraz Zero Kontaktu)

Psychika w trakcie “odtrucia” po traumie musi swoje odpracować. Pojawiają się tzw. ruminacje.

Ruminacje są to uporczywe, wręcz obsesyjne, nawracające myśli koncentrujące się na przeżywanym stresie. Bardzo wyczerpujące zjawisko.

Co dokucza najbardziej? Głównie pytania z kategorii „dlaczego”.

  • Dlaczego byłam taka ślepa?
  • Dlaczego na to wszystko pozwoliłam?
  • Dlaczego nie wycofałam się z tego związku wtedy…, albo wtedy… albo choćby wtedy…
  • Dlaczego on mi to robił?
  • Dlaczego nie potrafił mnie pokochać? Jestem za stara, za gruba, za chuda, za głupia?
  • Dlaczego nikt nie widzi jego prawdziwej twarzy?
  • Dlaczego, dlaczego, dlaczego…

Kiedyś tłumaczyłam teksty dla kwartalnika sportowego. Sporo się tam mówiło o analizowaniu przez sportowców nagrań swoich porażek. Krok po kroku, sekunda za sekundą, kadr za kadrem. Myślę, że nie była to przyjemna procedura, ale jednak jej sens jest zrozumiały. Przeanalizować, wprowadzić korekty, następnym razem zwyciężyć.

Z ruminacjami sytuacja jest trochę inna. Oczywiście pewnych posttraumatycznych etapów nie da się przeskoczyć. Umysł z jednej strony próbuje porażkę, jaką jest rozpad związku i wyeksponowanie na przemoc przeanalizować i przeprocesować. Z drugiej strony takie uporczywe myśli wywołują retraumatyzację. Wciąż na nowo przeżywamy sytuacje, na które wpływu już nie mamy, a owe wspomnienia powodują te same reakcje chemiczne i wyrzuty hormonalne, które miały miejsce podczas związku. Im częściej wracamy myślami do traumatycznych sytuacji, tym bardziej się nasilają. To samo dotyczy dzielenia się swoimi przeżyciami z otoczeniem. Przynosi to co prawda chwilową ulgę, ale w dłuższej perspektywie czasowej odnosimy wrażenie, że tylko nas zakotwicza w poczuciu krzywdy, porażki i nieszczęścia. Dlatego tak ważne są wszelkie aktywności, które choćby o kolejną godzinę (ba! choćby minutę) każdego dnia skrócą czas, w którym analizujemy przykre zaszłości i odciągają nas od tych nawracających myśli.

Zalecałabym jednak nie tyle zagłuszać je, co usłyszeć właściwe przekazy. W moim przypadku, a wiem, że nie jestem wyjątkiem, okazało się, że te uporczywe myśli tak naprawdę nie były pytaniami na temat przemocowca, poszczególnych faktów czy sytuacji, które miały miejsce w relacji z nim. To były moje własne emocje domagające się uwagi i pochylenia się nad nimi. Latami ignorowane, dosłownie wydzierały się: Co czujesz? O czym ci to mówi? Olej tamtego gościa, skup się na mnie!

Zawsze gorąco polecam terapię przez pisanie. Z mojego pisania powstał blog, z bloga – książka. To był naprawdę oczyszczający proces. I przecież nie ja go odkryłam. Są na świecie organizacje promujące samodzielną terapię przez pisanie (self-therapy by writting). Są opracowania naukowe potwierdzające skuteczność metody tzw. pisania ekspresywnego w leczeniu traum. Oczywiście, jak wiele innych terapii, i ta metoda ma swoich zwolenników i przeciwników, ale spróbować nie zawadzi. A nuż jest to i twój sprzymierzeniec. Zamiast cały dzień mielić w sobie krzywdę, spróbuj postanowić sobie, że poświęcasz na to tylko 30 minut dziennie – właśnie w postaci pisania dziennika swoich emocji. Po jakimś czasie zaobserwuj, czy nasilenie tych myśli osłabło lub wyłoniło się coś, z czym chcesz się zmierzyć. Polecam książkę, która za sprawą Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego doczekała się polskiego wydania – Terapia przez pisanie Jamesa W. Pennebakera, Joshua M. Smytha.

*****************

Susan Carnell, Psychology Today (2012)

Fisher, H. E., Brown, L. L., Aron, A., Strong, G., & Mashek, D., Reward, Addiction, and Emotion Regulation Systems Associated With Rejection in Love. Journal of Neurophysiology, 104 (2010)

 

2,138 total views, 3 views today