Czy on może się zmienić albo wyleczyć?

(Pułapka uzdrawiania, czyli źle pojętej lojalności)

Domyślam się, że zrobiłaś już wszystko, a nawet więcej, żeby pomóc partnerowi. W zdrowiu i w chorobie… rozumiem. Pytanie tylko, czy czy on jest chory i dostrzegłaś granicę, kiedy zaczęłaś to robić kosztem siebie. Gdzie są granice nierealistycznej, szkodliwej nadziei i karmienia iluzji?

Jedną z podstawowych składowych zaburzenia typu aspołecznego, narcystycznego itd. jest to, że realizują bardzo wyniszczający dla ich partnerek/partnerów patologiczny scenariusz relacji, oparty m.in. na wywoływaniu u nich poczucia winy i odpowiedzialności zarówno za stan związku jak i ich samych. Prowokują do poszukiwania rozwiązań ich problemów. W ten sposób skupiają całą uwagę na sobie. Empatyczna osoba gotowa jest poświęcić dużo czasu, wysiłków, pieniędzy na pomoc i uleczenie kochanej osoby. Gotowa jest też dużo wybaczyć “choremu”.

Zaburzenie osobowości nie jest guzem mózgu, który da się wyciąć. Nie jest luką w edukacji, którą dałoby się uzupełnić. Nie jest złamanym kółkiem zębatym, które da się wymienić, a potem żyli długo i szczęśliwie. Zaburzenia są czymś, co oczywiście można próbować korygować, ale najpierw sam zainteresowany musiałby mieć na to ochotę. Czy ma? Co mogłoby go na taką ścieżkę zaprowadzić? Empatia i sumienie. Jeśli widzi, jakie krzywdy wyrządza najbliższym, właśnie empatia i sumienie powinny naprowadzić go na właściwy trop. Czy je posiada? No a jeśli nie empatia i sumienie, to może straty, jakie sam ponosi z tytułu swojego trybu życia. Ponosi jakieś? Jakie korzyści mógłby mieć z leczenia, skoro otoczenie zaspokaja wszystkie jego potrzeby? Takich pytań jest sporo. Wiem, że je sobie zadajesz. I wiem, że odczuwasz w związku z tym dyskomfort, bo nic się nie klei. Ten dyskomfort to dysonans poznawczy. To on ci nie daje spokoju. I nie bez powodu.

Masz wątpliwości, czy twój partner jest zaburzony. To oczywiste. Nie jesteś specjalistą. Jednak popełniasz podstawowy błąd. Wychodzisz z pozycji ON zamiast JA. Wszelkie definicje, diagnozy, mądre terminy są zbędne, jeśli widzisz, że konkretna relacja jest szkodliwa dla ciebie. Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy ten związek go krzywdzi i wyniszcza. Jedną kobietę wykańcza i upokarza określony pakiet zachowań partnera, innej to-lotto i może z tym żyć bez uszczerbku dla swojej psychiki aż po grób (dziwnym trafem akurat takich kobiet przemocowcy nie wybierają albo nie zagrzewają długo przy nich miejsca). Każdy ma inny próg wrażliwości. Nie mam prawa nikogo ani utwierdzać w przekonaniu, że żyje w przemocowym związku, ani od takiej konkluzji odwodzić. Istnieje bowiem coś, co się nazywa wzięciem odpowiedzialności za siebie, jeśli ktoś cię krzywdzi. Czy krzywdzi? Zadaj sobie pytanie: czy po którejkolwiek sytuacji kryzysowej, dyskusji, rozstaniu i powrocie, terapii (jeśli partner w ogóle wyraził na nią zgodę) zauważyłaś trwałą zmianę w jego zachowaniach? Czy może zmiany były chwilowe i pozorne, po krótkim czasie wszystko wracało do „normy”, a zmianie ulegał jedynie twój stan psychiczny? Na gorsze. Przyjrzyj się skutkom. Kto ma nerwicę, depresję, cierpi na bezsenność, stany lękowe, nerwy na postronkach, zerowy napęd życiowy, skoki nastrojów (apatia na przemian z nadpobudliwością), chroniczne zmęczenie. Kto płaci cenę? On czy ty?

Niemniej jednak odczuwasz współczucie wobec agresora. Czujesz więcej współczucia dla niego niż złości za ból, który ci sprawia. Poszukujesz przyczyn jego problemów i rozwiązań. Czytasz literaturę fachową, podsuwasz mu ją z nadzieją, że zrozumie pewne prawidłowości, które dostrzegasz ty. Przekazujesz mu, co na temat twojego stanu i kondycji waszego związku powiedział ci twój terapeuta – z nadzieją, że autorytet specjalisty zmieni jego podejście do problemu.

Kiedy on ma „lepsze dni” poddajesz w wątpliwość wszystkie swoje dotychczasowe domysły, zarzucasz terapię, opuszczasz internetowe grupy wsparcia, odkręcasz przed znajomymi wszystko, z czym się przed nimi zdradziłaś. Minimalizujesz wszystko, co robił mówiąc sobie „Możliwe, że trochę przesadziłam w ocenie sytuacji”. W te jego „lepsze dni” widmo tego, że masz do czynienia z przemocowcem na chwilę się oddala. Jednak nie na długo. Do kolejnego kryzysu.

W pewnym momencie jesteś kompletnie pozbawiona gruntu pod nogami. Zagłuszyłaś swoją intuicję oraz umiejętność logicznego wnioskowania. W panice zaczynasz być monotematyczna w kontaktach z otoczeniem, znów szukasz odpowiedzi na kolejne pytania, ale prawda jest jednak taka, że odpowiedzi możesz sobie udzielić tylko ty sama. I ty ją nawet znasz, ale bardzo się jej boisz. Więc dalej próbujesz go uświadamiać, leczyć, uzdrawiać. Po jakimś czasie okazuje się, że jego problemy są jak ta rosyjska zabawka – matrioszka. Kiedy już ci się wydaje, że doszłaś do sedna problemu, nagle pojawia się kolejny, po nim znów inny – rzekome traumy, deficyty, zahamowania, schorzenia, niemoce. I tak bez końca. A twoja frustracja, złość i bezsilność narastają.

Przechodziłam taki etap, kiedy poszukując ratunku (bardziej wtedy jeszcze dla agresora niż dla siebie) w literaturze i Internecie, chwytałam się każdej różnicy między przykładami psychopatii/socjopatii/narcyzmu a tym, co robił mój były partner. Empatia i urojona rola ratowniczki nie pozwalały mi odpuścić. Nie byłam też w stanie udźwignąć przerażenia i wstydu wynikającego z tego, że takiego człowieka wpuściłam do swojego życia. W pewnym momencie jednak musiałam pogodzić się z tym, że drobne rozbieżności, szczegóły nie mają znaczenia. Istota procesu była nie do pomylenia. A głównie nie do pomylenia z czymkolwiek innym był mój stan, który opisywali specjaliści i ofiary takich jak on. To wtedy przyswoiłam podstawową prawdę – sprawy są dużo prostsze niż próbujemy je sobie wyobrażać. Niż próbuje je przekształcać nasz umysł w ładniejszy albo łatwiejszy do zaakceptowania obrazek.

Na pytanie, czy on się może zmienić, odpowiadam: on siebie być może tak, ty jego – nie.

Obawiam się, że kierunek będzie wręcz odwrotny. To on zmieni ciebie, złamie twój system wartości, jeśli jak najszybciej nie zadbasz o postawienie granic temu, co robi z twoją psychiką.

Dowiedziono, że życie w toksycznym związku, długotrwałe wyeksponowanie na dowolną formę przemocy rzutuje na komfort życia osób dotkniętych patologią. Skutki relacji z osobami zaburzonymi są traktowane i leczone jak skutki każdej innej traumy. Taki związek łamie nie tyle serce, ile ducha.

W przypadku relacji z osobami zaburzonymi emocjonalnie nie ma szczęśliwych zakończeń. Mogą być krótkotrwałe przebłyski, obietnice, spektakularne zrywy, ale to zaledwie na chwilę zmniejsza kąt nachylenia równi pochyłej. Jedynym wyjściem z sytuacji, kiedy spróbowałaś już wszystkiego jest pokonanie strachu i uczciwe powiedzenie sobie, że dotarłaś do punktu, w którym należy zawrócić, żeby ratować siebie, a nie uzdrawiać jego. Nawet jeśli mu współczujesz, nie oznacza to, że masz mu pozwolić się zniszczyć. To nie egoizm. To zdrowe i odpowiedzialne podejście do siebie samej.

Nie jest twoim zadaniem uzdrowienie toksycznego człowieka. Twoim zadaniem jest nim uzdrowienie tego kawałka siebie, który  odpowiada na nią lub nie potrafi stawić jej oporu. Realistyczne podejście do problemu toksycznego związku to początek procesu tego uzdrowienia.

Uświadomienie sobie tego, że na świecie są ludzie, którzy realizują patologiczny schemat w związku, który nie ma nic wspólnego z miłością oraz to, że twoje słabości i najlepsze intencje zostały wykorzystane w takim właśnie celu, jest bolesne, ale może pora rozważyć ten wariant. Rzeczywistości nie powinno się za wszelką cenę negować ani na nią obrażać. Należy na nią odpowiednio reagować.

2,224 total views, 1 views today