Co mam z tym wszystkim zrobić?

Jeśli nadal jesteś w związku.

  1. Nie minimalizuj wpływu tego, co się dzieje w relacji na twoją psychikę. Nie umniejszaj cierpienia i skutków, jakie stosowane wobec ciebie techniki wywołują. Cierpienie nie musi uszlachetniać i daleko nie zawsze jest prawdą, że to, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Podpisuję się pod słowami pisarza Marcina Szczygielskiego, który jak nikt inny opisał to, co może się stać, jeśli przeoczymy moment między poszczególnymi etapami relacji – ten moment, kiedy jeszcze możemy zrezygnować z niesatysfakcjonującego nas związku, a już początkiem czegoś, co do głębi wyniszcza.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni – gdzie to ma sens? Zawsze, kiedy słyszałam te słowa, przychodziło mi na myśl drzewo, w które uderza piorun, odzierając je z gałęzi i liści. Pozostaje tylko osmolony, chropowaty pień. Pień jest mocny i niezłomny, ale czy nadal jest drzewem, nawet, jeśli krążą w nim jeszcze soki? Z człowiekiem jest tak samo. Każde złe doświadczenie odziera go z wierzchniej, miękkiej, delikatnej, wrażliwej tkanki. Następne podobne doświadczenie spływa po kościach. Ale dalsze, jeszcze gorsze i gorsze, odbierają kolejne uczucia. Człowiek nie uodparnia się na nie, traci tylko wrażliwość. Gdy liczba bodźców osiągnie dopuszczalny próg, pozostaje wreszcie tylko pierwotne jądro. Twarde i obojętne, animowane instynktem samozachowawczymi biologiczną wolą przetrwania. 

  1. Oceniaj czyny/działania, a nie deklaracje/intencje/preteksty/usprawiedliwienia. 

Miał trudne dzieciństwo. Nie miał tego na myśli. Nie chciał, tylko tak wyszło. Nie wiedział, że to takie ważne. To przez przypadek, nieuwagę, nieświadomie.

Ile razy sama sobie to powtarzałaś i ile razy słyszałaś to od niego?

Wchodzenie na ścieżkę tak mylnie pojmowanych usprawiedliwień (racjonalizacji) to wynik wpojonego wielu z nas fałszywego przekonania, że dobre chęci są ważniejsze od skutków i je łagodzą. Coś takiego można zastosować wobec pięciolatka, ale nie wobec dorosłego człowieka. Zwłaszcza kiedy krzywdzące działania i ich skutki eskalują i nie mają końca.

  1. Nazywaj rzeczy po imieniu. W rozmowach z partnerem wyraźnie mu mów, jak nazywa się to, co robi. (Pod warunkiem, że nie zachodzić groźba użycia przez niego siły fizycznej!)

Bezkarność w przypadku manipulacji, kłamstw i wszelkich innych nadużyć emocjonalnych rozzuchwala. Ludzie zaburzeni, to ludzie nieznający granic, zahamowań i pojęcia samoograniczenia w tych kwestiach. Taki człowiek, jeśli nie stawia się mu granic, będzie doskonalił techniki eksploatowania partnera. Z czasem i w miarę wycofywania się partnerki z obrony kolejnych granic, to rozhamowanie się pogłębia, całkowicie rujnując jej psychikę, a wzmacniając jego poczucie dominacji. Dlatego działać należy natychmiastowo, gdy takie sygnały się pojawiają.

  1. Konsekwentnie, stanowczo, spokojnie, krótko – to niemal definicja asertywności.
  • Postaraj się o krótkie komunikaty, bez rozprawek w stylu wstęp-rozwinięcie-zakończenie. Maksimum treści w minimalnej liczbie słów.
  • Postaraj się zachować spokój, nie poddawaj się emocjom. Pamiętaj, że przemocowcy najczęściej to właśnie mają na celu – sprowokować cię do emocjonalnej reakcji i w ten sposób wykazać twoją niestabilność i niewiarygodność. Zachowując opanowanie i rzeczowość, nie dajesz im tej broni do ręki. Krótko, spokojnie i na temat. Koniec i kropka.
  • Nie używaj słów obraźliwych. Nie bądź cyniczna. Nie szydź. Poruszaj się w obrębie faktów i wychodź z pozycji „JA”. Oznacza to, że masz mówić o tym, jak na CIEBIE wpływają jego zachowania, co TY w wyniku tego czujesz i czego oczekujesz. Nie interpretuj ani nie podpowiadaj mu jego intencji, bo nie one są tematem rozmowy, a konkretne jego zachowania, fakty i ich wpływ na ciebie. (np. Twoje uwagi wobec mnie na dzisiejszej kolacji u znajomych były dla mnie obraźliwe. Nie życzę sobie takiego zachowania.)
  • Nie pozwalaj się sprowadzać na manowce i nie dawaj się wciągać w wyjaśnienia i usprawiedliwianie swojego stanowiska. Bądź skoncentrowana na pierwotnym komunikacie, z którym wyszłaś. Bardzo często w takiej sytuacji agresor przekierowuje rozmowę na zbliżony wątek i całkowicie zmienia temat rozmowy. Po jakimś czasie orientujesz się, że dyskusja toczy na temat wątku pobocznego i twoich reakcji, a nie kwestii wyjściowej, czyli jego zachowania. Konsekwentnie trzymaj się swojego komunikatu i utrzymuj nad tym kontrolę.
  • Zaobserwuj, czy na pewne tematy nie rozmawialiście już wielokrotnie i mimo pozornie przyjętego konsensusu, one wracają w nasilonej postaci. Jeśli tak się dzieje, stanowczo odmów takiej dyskusji, bo to w pewien sposób ogłupia cię, zapętla, frustruje i poza wszystkim jest pożeraczem twojego czasu i zaangażowania.
  • Żądaj czytelnych i jasnych odpowiedzi na swoje pytania. Zaburzeni ludzie stosują techniki mające na celu uniemożliwienie czytelnej i rzeczowej komunikacji, w szczególności w niewygodnych dla nich tematach.
  1. Unikaj nadmiernego intelektualizowania. Z doświadczenia wiem, że to pułapka. Sprawy są częstokroć dużo prostsze, niż wydają się być. Zbyt długa intelektualna „obróbka” poszczególnych zdarzeń, skutkuje racjonalizacją i poszukiwania wariantów usprawiedliwiających najpodlejsze nawet zachowania. Ofiary przeważnie mają ogromną potrzebę doprecyzowywania mętnych informacji i sygnałów, jakie dostają od agresora. Zapętlają się w przemyśleniach albo sprowokowane wdają się w wielogodzinne, wyczerpujące i bezpłodne dyskusje z psychofagiem (patrz Odmowa komunikacji wprost).

Problemem jest to, że próbujesz oceniać zachowania i reakcje partnera przez pryzmat relacji z normalnymi ludźmi i zgodnie ze standardami w relacjach z nimi obowiązującymi. W relacji z psychopatą/socjopatą/narcyzem to nie działa. Próba zastosowania cywilizowanej zasady domniemania niewinności i znalezienia logicznych odpowiedzi w relacji z patologią mało tego, że się nie sprawdza, to niemal doprowadza do obłędu.

Niepotrzebnie zagłuszany jest ten sposób instynkt odpowiedzialny za przetrwanie. Decydujący głos ma pierwszy impuls. On jest niezawodny i nie wolno go zignorować. Obojętne czy nazwiemy to intuicją, podświadomością czy dysonansem poznawczym. To ten pierwotny sygnał mówiący „Hola, hola!” albo „WTF???” albo „Zabolało!” albo „Uwaga, kłamstwo” albo „Coś tu się nie zgadza”. Ten moment, kiedy marszczą się brwi, napina przestrzeń między łopatkami, a żołądek opada na podłogę. Cała reszta – tłumaczenia partnera, poszukiwanie źródeł jego agresji w jego traumatycznym dzieciństwie, w zbiegach okoliczności, w naszym niezrozumieniu jego intencji to mylny trop.

  1. Technika dużego obrazka. Zadaj sobie pytanie, jak bardzo z perspektywy czasu i wszystkiego, co po drodze miało miejsce w trakcie tej relacji, obniżyłaś standardy swoich oczekiwań w tematach: partnerstwo, lojalność, oddanie, czułość i współmierność w związku.

Przyjrzyj się całości tej relacji i temu, jak następuje skokowa erozja twoich oczekiwań i stanu twojej psychiki. Zwróć uwagę, ile kosztuje cię utrzymanie względnej stabilizacji i pozorów szczęścia po kolejnych kryzysach. Zapamiętaj – twoja odporność psychiczna w trakcie kolejnych “miodowych miesięcy” się nie regeneruje, nie wzmacnia. Ona z każdym takim etapem się nadwątla.

Świat zawężony do jego świata jest smutny, momentami przerażający, ty – samotna, momentami przerażona. Cały ogromny, ciekawy, fascynujący świat został zredukowany do niego, jego potrzeb, gierek, psychozabaw. Jeśli zrobisz krok wstecz, złapiesz właściwą perspektywę, to zobaczysz, jaki on jest malutki. Jaki jego świat jest żałośnie mikry, kiczowaty i płytki. Zero perspektyw, prawdziwych, żywych kolorów i autentycznych doznań.

  1. Odejdź natychmiast, gdy twój stan psychiczny skokowo się pogarsza. Odejdź natychmiast, jeśli poszukiwanie usprawiedliwień dla krzywdzących cię działań partnera stało się już w zasadzie treścią twojego życia. Oznacza to, że wkroczyłaś na drogę uzależnienia i im szybciej z tym skończysz, tym większe szanse na skuteczny odwyk.

Jeśli związek się zakończył.

[W książce opisałam metody, które, jak to nadal postrzegam, wówczas dosłownie uratowały mi życie. Tu poczynię tylko krótką erratę.]

Trzeba pamiętać, że odejście od przemocowego partnera to dopiero początek wychodzenia ze skutków związku z nim. Ten proces ma swoje etapy i rządzi się własnymi prawami. Jakkolwiek skutecznie i konsekwentnie ucieka się do przodu, to zawsze w pewnym momencie trzeba się zatrzymać. Uciekanie, choć reakcja jak najbardziej naturalna w sytuacji zagrożenia, nie jest dobrym pomysłem na resztę życia.

  1. Bądź dla siebie delikatna i cierpliwa. Bardzo zachęcam do dania sobie czasu na wielopłaszczyznowe wyciszenie po wyjściu ze związku. To dlatego tak ważna jest całkowita rezygnacja z kontaktów z przemocowcem i jego środowiskiem, żeby nie bodźcować organizmu kolejnymi, naprzemiennymi wyrzutami hormonów. One potrafią zniweczyć ten cenny po etapie ucieczki okres stabilizacji (zasada Zero Kontaktu).

Kiedy toksyczna chemia w organizmie opada, kiedy przestaje ciągnąć do uzależnieniowego rollercoastera, wtedy otwiera się przestrzeń na spokojny wgląd w siebie oraz zwyczajny, fizyczny odpoczynek. W tym okresie warto być delikatną i cierpliwą dla siebie. Dostarczać sobie radości, zadowolenia, satysfakcji, świadomie odnotowywać, co głaszcze nasz ośrodek przyjemności. Pamiętam, że w tym okresie unikałam wszystkiego, co w jakikolwiek sposób ten spokój zaburzało – zbyt agresywna muzyka, zgiełk w centrach handlowych, gadatliwi ludzie, wyczerpujący wysiłek fizyczny, natarczywe reklamy (po jakimś czasie w ogóle zrezygnowałam z telewizji). Generalnie nadmiar bodźców zewnętrznych. To wtedy też zaprzestałam prowadzenia bloga – w jakiś sposób trzymał mnie w tamtej szkodliwej energii i rozpraszał. Odnoszę wrażenie, że zarówno moje ciało, jak i mój umysł zażądały ode mnie maksymalnego wyciszenia świata zewnętrznego, żeby usłyszeć, co dzieje się w tym wewnętrznym. I to się okazało bardzo ciekawe słuchowisko.

Ciało, umysł, duchowość, psychika – zaniedbania na dowolnej z tych płaszczyzn mają kaskadowy wpływ na resztę. W toksycznym związku zatruwane są one wszystkie i praca nad zaprowadzeniem równowagi jest kluczem do wszystkiego, co dzieje się potem. Po wyjściu z przemocowego związku pojawiają się te dolegliwości i emocje, które określiłabym jako skojarzone symptomy zespołu odstawiennego, żałoby oraz PTSD, co szczegółowo opisałam w książce, określając mianem postpsychofagozy. Uczucie nieznośnej pustki (wręcz spustoszenia), wstydu, złości, szoku, otępienia oraz różnorodne objawy somatyczne. Ja postanowiłam najpierw wsłuchać się w te wszystkie symptomy, a potem, no cóż, pracować z nimi. Przy pomocy wielu technik, prób i błędów, padnij i powstań. Bardzo sobie cenię ten etap osiągania integralności, spójności, a głównie ciekawości siebie bez ingerencji z zewnątrz.

Może to brzmi trochę abstrakcyjnie, ale przekładało się na bardzo konkretne, systematycznie stosowane praktyki i zmiany. Odkrywałam schemat relacji, w jakie wchodzę, replikując już na etapie wyboru partnera, niezdrowy wzorzec wyniesiony z domu (przymus powtarzania). Odkryłam też fałszywe (bo cudze) przekonania oraz te obszary, które skutkowały wątłą asertywnością i brakiem umiejętności zadbania o własne potrzeby. Poszukiwałam nowych doświadczeń i pasji. Popracowałam też nad czymś, co mogłabym nazwać realistyczną oceną rzeczywistości i korektą reagowania na nią. Sporo czasu poświęciłam też na „dogadanie się” ze swoim ciałem. Rozwój jego świadomości (sygnałów z niego płynących, jego reakcji) i praktykowanie równowagi między ciałem i emocjami. Jednym słowem postarałam się zainwestować w to, na co mam wpływ – w siebie. Dzięki tym doświadczeniom na żywym organizmie stopniowo pojawiała się zupełnie nowa jakość i komfort życia. Na zewnątrz nic się nie wywróciło do góry nogami. Nie porzuciłam dotychczasowego życia, pracy, nie pojechałam do Tybetu ani nawet do chatki w Bieszczadach. Nie nawróciłam się na żadną z dostępnych religii. Tylko zobaczyłam stereogram.

Każdy, kto miał kiedyś w ręku książkę „Magiczne oko” wie, o czym mówię. Stereogramy to takie obrazki-maziaje, które, jeśli się w odpowiedni sposób na nie patrzy, to wyłania się obraz 3D. Kiedy miałam je po raz pierwszy w ręku lata temu, długo nie mogłam złapać odpowiedniej techniki patrzenia na nie. Ale z uporem próbowałam i pewnego dnia zaskoczyło! Dla mnie to był zachwycający widok. Pod maziajami zobaczyłam ukryte zwierzęta, rośliny, przedmioty. To samo dzieje się z widzeniem świata i siebie w nim po przejściu okresu wyciszenia i pracy z pewnymi błędami w oprogramowaniu. U mnie w fazie intensywnej trwał trzy lata. Potem się ustabilizował i mam nadzieję, że ta praca nie skończy się nigdy 🙂 .

Na to wszystko są fachowe określenia – dezintegracja pozytywna, wzrost posttraumatyczny, ale metki nie grają roli. Najważniejsze jest to, co wielokrotnie obserwowałam u osób w tym procesie. Nagle, po jakimś czasie spotykasz nie tę zadręczoną, upokorzoną istotę z zerowym poczuciem własnej wartości, tylko spokojną, stabilną, radosną, na nowo odkrywającą swój potencjał kobietę.

2. Uznaję zdobywanie wiedzy w zakresie przemocy, jej mechanizmów, skutków oraz wzorca postępowania ludzi zaburzonych emocjonalnie za jeden z ważniejszych etapów mojego wychodzenia z toksyny. Uwolnił mnie bowiem od kotwic trzymających mnie w tej relacji, m.in. współczucia wobec sprawcy i poczucia odpowiedzialności za ten związek. Dzięki wiedzy, jaką zdobyłam przestałam być bezbronna wobec manipulacji i własnych na nie nieuświadomionych reakcji. Wiedza pozwoliła mi też na zaprzestanie zadawania pytań, na które częstokroć odpowiedzi nie ma, albo są tak proste, że zwyczajnie w tej mgle ich nie dostrzegałam.

Zrozumieć, na jakie pytania nie ma odpowiedzi, i nie odpowiadać na nie – oto umiejętność najpotrzebniejsza w czasach napięć i ciemności. (Ursula K. Le Guin)

Wiedza to potężna broń. Pozwala też na zrozumienie kolejnej prawdy – nie muszę próbować zrozumieć samego przemocowca. Nie da się i nie ma takiej potrzeby. I nie dlatego, że oni są tacy tajemniczy. Wręcz odwrotnie – są schematyczni i powtarzalni. Oni po prostu są pustką wynikającą z wyuczonego, czy też genetycznego braku a) emocjonalności zdrowych ludzi, b) szkieletu w postaci sumienia, c) kręgosłupa w postaci zasad moralnych. Wystarczy przyswoić fakt, że taki rodzaj patologii występuje w przyrodzie i jakie techniki wykorzystuje, próbując osiągać swoje cele kosztem innych. Czymś natomiast, co jest naprawdę warte naszej edukacji, to zdobycie wiedzy pomagającej nam rozwijać samoświadomość – jedyną skuteczną barierę dla przemocy emocjonalnej.

Karl Jung powiedział, że kiedy nie uświadomimy sobie naszego stanu wewnętrznego, to ukazuje się on nam na zewnątrz jako los. Może więc można odmienić swój los baczniej przyglądając się sobie.

1,593 total views, 1 views today